Moje szutry (na twarzy)

76 Rajd Polski obowiązkowy w moim kalendarzu. Gdy tylko Bogdan mi potwierdził moją obecność na rajdzie, to już mi nóżki chodziły. Minął miesiąc i wybiła godzina „0” !!!!!!

Dzień wcześniej pakowanie.

Przed pakowaniem rozłożyłam wszystko co potrzebne (czyli od bikini po czapkę i szalik) na łóżku i ogarnęła mnie trwoga !!!!
Chryste jak Ja to wszystko zmieszczę w jednej małej walizki ??? Zrobiłam kilka głębokich oddechów i już Mistrz Pakowania Katarzyna szczerzyła zęby w ferworze walki. Rolowanie, upychanie, workowanie i pół szafy, łącznie z butami trekkingowymi, patrzało na mnie z wnętrza walizeczki. Powinnam dostać medal za tą umiejętność, bo jeszcze miałam 1/3 walizeczki puste :D
Dzień wyjazdu.

Tragedii nie było bo wyjeżdżaliśmy ok 10:00. Pozbieraliśmy ludków do busa i cheja ku przygodzie.
Droga fajna, ominęliśmy rozkopaną Częstochowę, niestety utknęliśmy w okropnej Warszawie, ale dalej to już z górki :D
Na miejscu, w Olecku, byliśmy chwilę po 20:00. Zostaliśmy od razu wygonieni na kolację a potem rozdysponowano nam nocleg.

Wzięłam swą walizeczkę i poszłam do wyznaczonego mi domku ….
Hmmmm Ja nie jestem generalnie wymagająca, ale minimum sanitarne to chyba każdy powinien wymagać ….
Szary, owłosiony grzyb machał nam z każdego zakątka drewnianej ściany, stęchły smrodek towarzyszy mi do dzisiaj, umywalkę w łazienkę projektował inżynier (tutaj nie mam żadnych wątpliwości), toaleta wędrowała po całej przestrzeni, więc trzeba było uważać co Ci spod niej wypłynie podczas posiedzenia, a żeby wejść do kabiny prysznicowej, trzeba było przekroczyć wcześniej wspomniany sedes ……
Do tego było stosunkowo zimno na zewnątrz, co akurat po ostatniej fali upałów było fantastycznym orzeźwieniem … ale nie w nocy. Ja spałam przykryta dwiema kołdrami i kocem a zagrzałam się dopiero nad ranem. Kwestia wilgoci w domku i taki mamy finał :D

DZIEŃ I
Pobudka o 5:00 – fantastycznie, to już zapowiadało fantastyczny dzień. Szybkie śniadanie, na którym dowiaduję się o zmianie funkcji (huraaaaaaa, będę z Lilką), spakowanie wałówki na odcinek i w długą. Kolejna atrakcja, jeszcze przed rozpoczęciem pracy, mianowicie, obstawiane miejsce dzisiejszego dnia.
Patobloki, majaczące gdzieś w oddali zza pola pszenicy. Obleciał mnie blady strach i już miałam wizję śmierci, modliłam się o przydzielenie nam ochrony policji.

Jakże Ja źle oceniłam tych ludzi (niestety nie wszystkich). Mieszkańcy Patobloków okazali się przyjaźnie nastawieni, grzeczni, mimo chmielowego śniadania, i bardzo zdyscyplinowani. Nie mieliśmy absolutnie najmniejszych problemów z zachowaniem porządku na naszym skrzyżowaniu. Myślę, że duże zasługi tutaj wędrują do Janusza Rajdów, który trzymał rękę na pulsie i pilnował wszystkiego z pala na polu pszenicy.
Na przerwie między przejazdami, w inżynierski sposób, skręciłyśmy z Lilką grilla i zrobiłyśmy  wyśmienity obiad, składający się z pieczonej kiełby i chlyba :D
Poczęstowaliśmy Panów policjantów miejscem siedzącym w cieniu oraz wodą i każdy chwilę odpoczął.
Oczywiście trzeba było znaleźć jakąś toaletę. A że staliśmy samochodem na drodze do gospodarstwa gdzie pomieszkuje  2500 świnek, które okalało ogromne pole kukurydzy, no to daleko nie trzeba było szukać.  Także przykuc, zadek w krzaki i błogość, która mogłaby trwać wiecznie.
Niestety ….. jak się później okazało, teren jest monitorowany więc ktoś musiał mieć niezłą rozrywkę hahahahahah
Na drugim przejeździe mieliśmy kilka przerw i incydentów przestrzelenia zakrętu, którego pilnowaliśmy ale w ogólnym rozrachunku, cały OS poszedł zawodowo !!!
Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie strzelała zdjęć na moich ukochanych szutrach. Aż mnie ręka świerzbiła, no po prostu musiałam. Zboczenie zawodowe jest stosunkowo mocne w moim przypadku :D
Po 19:00 był już koniec i mogliśmy wracać do nowego przyjaciela ze ścian domku.  Miło się wracało wiedząc, że dobrze wykonało się swoją pracę.
Na miejscu od razu poszłam pod prysznic, bo ilość piachu we włosach i na mnie, przytłaczała.
Po kolacji od razu poszłam spać, nie miałam nawet siły wstawać z łóżka. Jutro czekał nas kolejny ciężki dzień, zaczynający się  ponad 100km dojazdu do odcinka.

DZIEŃ II
Pobudka 4:00. Moje oczy odmówiły posłuszeństwa. Musiałam je chwilę przekonywać, żeby się w otworzyły. Dopiero „dzień dobry” rzucone z łóżka obok, zmusiło moje lewe oko do otwarcia, więc prawe szybko poszło w jego ślady.

Stanęłam na opuchniętych i obolałych nogach przed lustrem i tutaj moje oczy szeeeeroko się otrwarły. Wystraszyłam się siebie hahahahaha
Ogorzała twarz, zjarana słońcem pustyni, czerwone opuchnięte oczy z piachem w kącikach i potargane włosy. No cóż, se pomyślałam, przynajmniej będą się mnie ze strachu słuchać na stefie kibica :D

Miejscówka na której tego dnia pracowałyśmy, była całkowicie zacieniona, z wieloma krzakami i elektrycznym pastuchem, który okazał się nie lada rozrywką do nieświadomych kibiców. Kilka osób poczuło elektryzującą moc rajdów :D
https://www.facebook.com/watch/?v=321255998778731

Niestety dzisiejszy dzień nie poszedł już tak gładko. Na pierwszym przejeździe wywaliło koło nas auto. Już wcześniej było słychać, ze idzie ciutek za grubo do zakrętu. Wyskoczyło z niego jak Drakula z trumny i niestety się nie zmieściło. Tyłkiem zawdziało o drzewo, odbiło się balota, który dokończył dzieła zniszczenia. Rajdówka poszła półtora metra w dół, na pobliskie małe boisko.
Zeskoczyłam z dwumetrowej skarpy, na której była strefa kibica, policjanci za mną (tak, tak, dzisiaj też miałyśmy przy sobie policjantów) a Lila została na strefie. Za sobą usłyszałam, że biegnie Grzegorz więc już się uspokoiłam lekko, a w międzyczasie do załogi zdążyli dobiec kibice i safety z poprzednich miejsc. Załodze nic się nie stało, szybko postawiono rajdówkę na koła i silnik zawarczał. Problemem był dosyć wysoki wyjazd, ale dla czterobuta nie okazał się dużą przeszkodą. Za pierwszym razem zawisł na krawędzi ale druga próba zakończyła się szczęśliwym finałem. Misiek dojechał do mety lotnej jeszcze przed kolejną załogą.

Odcinek szedł dalej bez zakłóceń. Helikopter latał and głowami, wszystkiemu przyglądały się dwie, dwuletnie krówki, kiedy nagle  słyszę……
Z prawej warczy mega szybko zbliżająca się rajdówa a z lewej tupot małych stóp !!!!!!!!
Odwracam głowę i wszystko idzie jak w slow motion. Widzę ojca biegnącego w stronę mety lotnej (gdzie nie ma na tym odcinku absolutnie milimetra na to, żeby uskoczyć przed morderczym samochodem) z nastoletnią córką !!!! Ja zamarłam na sekundę, po czym z mojej piersi wyrwało jedyne słuszne zdanie : GDZIE KUR …. JAZDA MI TU NA STREFE !!!!!!
Myślę, że Pan nie słyszał już reszty wypowiedzi ale najważniejsze, że zawrócił, mijając się ze śmiercią o włos dosłownie, bo tylko jego noga dotknęła trawy, minęła go pędząca załoga. Jaką on dostał ode mnie burę. Chyba w życiu nikomu nie puściłam takiego kazania. Ja była roztrzęsiona głupotą tego ludzia ….
Czasami się zastanawiam, gdzie Ci ludzie mają mózgi, bo ta sytuacja była wręcz absurdalna. No ale cóż, tak się właśnie zachowują Ci co „nie pierwszy raz są na rajdzie” …..
Pozostawię to bez komentarza.

Reszta przejazdów minęła już spokojniej, było kilka upomnień ale bez incydentów. Krowy też się wyluzowały i podchodziły pod kocyki z kibicami.
Po zakończeniu OS-u szybciutko posprzątaliśmy i do Mrągowa, gdzie mieliśmy tego dnia swój nocleg. Nie było już mechatego przyjaciela, za to był zaduch do późnych godzin nocnych.
Przed kolacją nie omieszkaliśmy odwiedzić słynnego „CZAJNICZKA”, dumy Mrągowa i iść w końcu na lody :D

Z Rajdu Polski jak zwykle wyjeżdżałam z wielkim smutkiem i płaczem na końcu nosa. Nie lubię opuszczać moich szutrów, nie lubię wracać do domu ze świadomością, że dopiero za rok znowu się z nimi zobaczę. Strasznie jest mi zawsze żal opuszczać Mauzry, z innymi krowami niż są u nas na południu, z malowniczymi widokami i fantastycznymi jeziorami :(
Ech ciężkie jest życie Romantycznego Sędziego Sportu Samochodowego ….

Script logo