Roześmiane Orzesze

Święta Bożego Narodzenia, Sylwester, Nowy Rok, chwila wytchnienia, plany na nadchodzący czas, a tu budzisz się pewnej niedzieli i okazuje się, że jest już kwiecień i czas ruszyć dupę na pierwszy maraton w nowym sezonie.
Chwała Bogom za to, że sprzęt naładowany, przygotowany i tylko słyszałam jak skamlał w plecaczku – „piii piiii piiiii … kiedy będziemy coś pstrykać??”
Pobudka o 6:00 … Jezusiczku, za co mnie tak karzesz !!!!!!
Chrzanić to wstaje, w końcu musze mieć czas, żeby się dobudzić, spakować psa, siebie, Remka, wałówkę, picie dla mnie i dla psa, ten sam zestaw osobowy do przygotowania jedzenia ….. Matko boska Rodzicielska, jak trudno być reporterską matką polką dla czworonoga.
Dobra, dobra już naprawdę wstaje ……
6:00 rano, Wikingowie wzywają do walki, myję włosy jeszcze z zamkniętymi oczami, pół godziny krojenia warzyw do obiadu, otwarte już jedno oko, żeby nie obciąć sobie cennych palców. Przez przypadek ruszyłam miskę. Delikatny, słyszalny raptem dla nietoperzy, mikroskopijny dźwięk, dociera do Jej wrażliwych, nie obciętych uszu. Staję w bezruchu i nasłuchuję ….. nic !!!
Za chwilę słyszę szelest tak cichy, jak szelest skrzydeł motyla …
Niestety dźwięk narasta i po chwilę słyszę już kroki tyranozaura na panelach, Lagertha wstała i idzie !!!!
Zaspane oczęta mówią mi wymownie – „słyszałam jak ruszasz moją miseczkę !!!”
Przekupiłam dziada marchewką i wygoniłam na kanapę.
7:30 obiad zrobiony i spakowany, trzy bidony z wodą, dwa jabłka, surowe mięso, 3 marchewki pokrojone do woreczka na smaczki. Z sypialni dochodzi pomrukiwanie. Remek się przewraca z boku na bok … ale nie ma tak dobrze. Patrzę na zegarek i nie odpuszczam. Wskakuję do sypialni, atakuję z nienacka, a za mną leci czworonożne bydle. Chłopak nie ma szans. Został na dzień dobry przywalony naszymi małymi ciałkami, bez możliwości ruchu. Gdzieś w przestworzach lata różowy, mokry język szukający zaspanej twarzy. Gdybyśmy planowały morderstwo, synek by już leżał jak zimny trup.

Wyjazd planowany na godz. 9:00 zrealizowany w 100%. Jadymy…
Droga fajna, gładka i szybka, po godzinie jesteśmy już na miejscu, w Orzeszu. Boisko już solidnie zapchane autami i rowerami. Biuro, odbiór, siku przedstartowe i powrót do auta na uzgodnienie planu awaryjnego. W międzyczasie dowiaduję się, że Marcinowi, Remkowi i Arturowi mam podać bidony. Spakowałam dodatkowy ekwipunek (+4 pełne bidony) do torebeczki i 30min przed startem ruszyłam w drogę szukać ciekawych miejsc do robienia zdjęć i podawania bidonów. Trasę znam na pamięć i nie chciałam robić zdjęć z tych samych zajebistych miejsc co zawsze. Musiałam znaleźć zajebistsze.  Nie okazało się to trudne, ale ciężkie w realizacji. Kroczyłam przez zaspany las jak juczne zwierzę, obwieszona torebeczką z 8 bidonami, miseczką dla psa, 2 jabłkami, plecakiem z dwoma aparatami i kundlem, warjującym jakby pierwszy raz w życiu zobaczył słońce. Po dłuższej chwili euforii udało mi się moje srebrne dziecię uspokoić i mogłyśmy kroczyć wąską ścieżką trasy w poszukiwaniu miejsca do zakotwiczenia na pierwszy przejazd. Było ustalone, na których przejazdach komu daję bidon, więc też pod tym kątem szukałam biwaku.
Lagertha mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła spokojem i w miarę ogarniętym zachowaniem na pierwszym maratonie w jej karierze. Nie kręciła mi się pod nogami i dała swobodnie pracować … musiałam jej tylko dać do zabawy 4 drzewa, dwa jabłka i kilo trawy do zeżarcia.
Lubię maratony gdzie są pętle, bo mogę się łatwo poruszać po trasie i pstrykać chłopaków z wielu miejsc. Nie ukrywam, że przy tylu bagażach było to trochę męczące ale przy akompaniamencie szumu rowerowych łańcuchów, ogarnęłam temat z kroplą potu na czole i uśmiechem na ustach.
Pierwszy maraton, po powrocie z urlopu macierzyńskiego uważam za bardzo udany, co wróży Lagercie długą karierę fotograficzno-podróżniczą.
Ona chyba też zadowolona z obrotu sytuacji, bo wróciła do domu najedzona, wygłaskana przez jakieś 300 ludzi i z bolącymi nóżkami. Mam nadzieję, że z uśmiechem na ustach wróci ze mną na maratonowe trasy ….

Script logo