Żółta lokomotywa w natarciu

Wyścig zbrojeń, czyli ile Katarzyna ma saszetek na sobie

 

Wstajesz rano no i BAM  !!

 

Bike Atelier Maraton, w Rybniku. Uwielbiam Rybnik za piasek i zajebistą trasę. I w tej edycji mnie nie zawiedli. Popatrzałam na mapę i wyczaiłam mega fajny kwadrat Bermudzki, gdzie zawodników mogłam złapać w trzech różnych miejscach. Coś fantastycznego !!!
O 11:10 zaczęłam focenie od grupowego zdjęcia naszego teamu i sru na trasę. Miałam zaledwie 20 minut żeby dolecieć do pierwszego wypatrzonego wirtualnie miejsca. Na plecach jakieś 10kg, rozszalały pies przypięty do pasa, torebeczka z bidonami, słońce świecące prosto w oczy i lodowaty wiatr smagający włosy latające na lewo i prawo. Profilaktycznie wyciągnęłam do ręki aparat z krótkim obiektywem, jakbym miała nie zdążyć i focić w między czasie.
Na szczęście moje bystre oczęta już z daleka dostrzegły zieloną połać majaczącą za drzewami. Łąka … wieeeelka łąka czekająca tylko na mnie !!!!
Doleciałam, zrzuciłam graty, psa i siadłam na mokrej, zielonej trawce. Nie minęło kilka minut jak zza lasu dobiegł mnie wrzask kibicujących ludzi … ruszyli.

 

Posprawdzałam światło i czekałam cierpliwie w napięciu, żeby upolować żółty pociąg. Bez najmniejszego problemu wyłapałam naszych zawodników z całego ciemnego peletonu. Lagerta też zauważyła swojego Pana bo zaczęła gorliwie szarpać za smycz …. aż cud, że zdjęcia wyszły mi ostre.
Kiedy trasa się zwolniła, ruszyłyśmy z dziewczyną w poszukiwaniu kolejnej, wypasionej miejscówki. Po drodze bawiłyśmy się patyczkiem, szukałyśmy trufli (jak na prawdziwą świnię przystało) i wyglądałyśmy zawodników na horyzoncie.
Znalazłam długą prostą z kilkoma wzniesieniami więc stwierdziłam, że to dobre miejsce na biwak. Rozgościłyśmy się pod dużym drzewem. Śpiewały ptaszki, szumiał las i nawet zaczęło wychodzić słońce. Robiło się naprawdę milusio. Zabawiałyśmy się z pieskiem aż tu nagle do naszych uszu doleciał dźwięk nadjeżdżającego motoru … zaczynamy rundę drugą.
Pstryk, pstryk, pstryk i miałczenie, znowu pstrykam i płacz. Nosz jasny gwint !!! Za mną rozgrywał się istny dramat. Włochatemu dziecku włączył się lęk separacyjny.  Nie miała mnie na wyciągnięcie smyczy, więc trzeba było drzeć ryja. Nie wzruszona fotografowałam dalej, jednak coraz bardziej mi to przeszkadzało. A że mądry misio ze mnie, wpadłam na pomysł jak ukrócić jej cierpienie. Jak tylko były przerwy w peletonie, rzucałam w Lagerthę pokrojoną marchewką i laska miała zajęcie, bo szukała miliona kawałków w ściółce leśnej. Sama dałam sobie medal za pomysłowość i mogłam wrócić do pracy :D
Wyczekiwana żółta lokomotywa,  w postaci Remka w końcu nadjechała i na dodatek machała do mnie ręką :D W ogóle chłopaki dzisiaj jacyś tacy uśmiechnięci, jakby jechali na kawę i lody.

 

Zanim zaczęłyśmy z psem trzecią rundę, zafundowałam nam skrót przez las, gdzie mogłam się z nią pobawić patyczkiem. Latała, skakała, machała ogonem, czytaj pełen relaks. Bawiąc się i skacząc doczłapałyśmy do iglastego zagajnika, gdzie spotkałam dwóch chłopaków, którzy, jak się okazało po chwili, podobnie jak Ja, mieli zagwostkę czy trasa tędy biegnie. Na trzy głowy wykminiliśmy, że tak. Wszystkie znaki na niebie i ziemi na to wskazywały, choć nie były takie proste do odczytania. Lagertha  miała nową nianię, więc Ja mogłam się spokojnie porozglądać za dobrym foto-krzakiem. Zawodnik, który już skończył maraton i przyszedł oglądać kolegów, zabawiał psinę patyczkami ku jej wielkiej radości.

 

Ostatnia miejscówka okazała się bardzo urokliwa. Iglasty zagajnik dawał zielone tło, pełne odblasków i luźnych gałązek, które swobodnie wykorzystywałam, do  kadrowania nadjeżdżających Taurusków.
Niczym przyczajony tygrys, ukryty smok wyłaniałam się z nienacka zza gęstych gałązek z moim szklanym okiem. Już wtedy wiedziałam, że mam zajebiste zdjęcia :D
Nie mogłam się doczekać zobaczenia ich na większym ekranie.
Po skończonych zdjęciach musiałam jeszcze dodreptać do namiotu Taurusa i to się okazało najgorsze. Doszło do mnie, że tym bieganiem po lesie zmęczyłam się tak bardzo, że  bolały mnie nogi i z każdym krokiem były coraz cięższe ….
Na ostatnim zakręcie myślałam, już że nie dojdę !!!!!! Byłam wykończona ….
Widok w oddali startowych balonów dodał mi skrzydeł i udało się. Przede mną wyrósł namiot sponsora. Alleluja !!!!
Usiadłam  i tak już zostałam …. Pozostało mi już tylko późniejsze dojście do samochodu

Script logo